Pamięć

( wersja niemiecka)

Serwis Informacyjny "Kraj-Świat" str. 7-8; Nr 79/1-3.02.1991

Rój Miedwiediew, znany historyk radziecki, podał w czasopiśmie „Literaturnaja Gazieta", iż liczba ofiar stalinizmu sięga 40 milionów.  Stalinizm - pisze Miedwiediew, ukrywał swoje zbrodnie. Nikt nie prowadził dokładnej statystyki rozstrzelanych, wysiedlonych lub zmarłych z głodu".

 

Wśród lasów północy, w pobliżu wielkich szlaków kolejowych i obozów pracy, przez wiele lat rosły nieduże kopczyki ziemi. Porastały mchem, zapadając się powoli w ludzkiej pamięci, wtapiając w krajobraz. Do dziś jeszcze budując nowe drogi, linie kolejowe robotnicy trafiają na ludzkie kości. Czasem, obok znajdują guziki z orłem lub medalik z Matką Boską.

 

Kim byli? Można wskazać cztery kategorie obywateli polskich, których represje dotknęły. Pierwsza - to jeńcy wojenni, zagarnięci przez Armię Czerwoną po jej wkroczeniu 17 września 1939 r. na ziemie polskie. Druga - to ludność polska, masowo wywożona w głąb ZSRR z ziem wschodnich, zajętych przez Armię Czerwoną w wyniku porozumienia zawartego, przez Związek Radziecki z Niemcami hitlerowskimi w 1939 r. Trzecia - to ludność polska wywożona z tych obszarów w okresie późniejszym oraz, począwszy od połowy 1944 r., żołnierza rozbrojonych przez NKWD i wojska radzieckie oddziałów Armii Krajowej i wielu Innych, niewygodnych i podejrzanych. Czwarta grupa - to wiele wybitnych osobistości polskich wywiezionych z kraju i osadzonych w lagrach i więzieniach. Ilu razem? Dwa miliony. Ilu tam zmarło? Ilu wróciło? Ilu tam zostało wbrew swojej woli? Nie można zapomnieć.

 

 

Leży przede mną szkolny zeszyt, w którym swoje tragiczne lata opisał Marian Piwkowski, syn Wojciecha, legionisty, uczestnika „Cudu nad Wisłą". Urodził się w Łucku na Wołyniu. W 1939 r. był uczniem pierwszej klasy gimnazjum w Zdołbunowie, członkiem ZHP. Dziś ma 66 lat. Mieszka w Zielonej Górze. Jest emerytem. Otwieram zeszyt.

 

17 września 1939r.

Do miasta wkroczyła armia sowiecka. Panuje bezprawie. Ukraińskie bandy napadają na osadników wojskowych - Polaków. Krzyczeli „śmierć Lachom". Polacy chowali się w kościołach. Ojciec mój w tym czasie pracował w Policji Państwowej. Był starszym posterunkowym. Mieszkamy przy ul. Zielonej 5. 20 września miejscowi Ukraińcy, którzy sformowali policje, w asyście NKWD aresztowali ojca. Wrócił po tygodniu, bez butów, munduru i pracy. Abyśmy z matką mieli co jeść podjął pracę w piekarni. Rąbał drzewo. Niedługo jednak.

 

9 kwietnia 1940

Ukraiński policjant Pożykiewicz w nocy przyszedł i aresztował ojca ponownie, powiedział, że ojciec zostanie wywieziony do miasta Równe, to jest 12 km od Zdołbunowa. Ma wziąć jedzenie i ciepłą odzież matka wkładała do kieszeni ojca bochenki suchego chleba. Bardzo płakała. Tato podszedł do mnie, popatrzył i cicho poprosił o opiekę nad matką. Pogłaskał mnie po głowie. Przytulił. ...To były ostatnie nasze chwile. Nigdy już ojca nie widziałem. Miałem wtedy trzynaście lat.

 

13 kwietnia 1940 r.

Nad ranem, może była czwarta, lub piąta godzina, wpadl do mieszkania Pożytkiewicz, współpracownik NKWD. Dal nam dwie godziny na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Na zewnątrz stało dwóch uzbrojonych w karabiny ludzi (miejscowi Ukraińcy). - Budiem iskat ( będziemy szukać). Szukali broni. Nic nie znaleźli. Wrzucono nas na sanie. Ja głośno płakałem. Byłem półprzytomny z rozpaczy. Zawieźli nas na stację Było już dużo ludzi. - Bystra, bvstra, krzyczeli żołnierze ładując nas kolbami karabinów do wagonów, jechaliśmy trzynaście dni. Starzy, młodzi, dzieci, niemowlęta w strasznym ścisku, smrodzie i głodzie. Co jakiś czas otwierano drzwi, dawano gorącą wodę i worek z suchym chlebem.

Po czterech dniach umarto dwoje niemowląt. Wyrzucono je wprost z wagonu, wtedy kiedy pozwolono nam załatwiać swoje naturalne potrzeby. Dla mnie, mojej matki to był koszmar Widok setek ludzi wzdłuż wagonów, przykucniętych zasłaniających, czym popadło, swoje gole siedzenia był wstrząsający. Ledwie żywi dojechaliśmy do stacji Marniutka w północnym Kazachstanie. Załadowano nas na samochód ciężarowy i stepem jechaliśmy około trzech godzin. Wyrzucili nas w chutorze Smirnówka, kołchoz "Staliniec".

 

22 czerwca 1941

Przez cały rok nie przyjmowano Polaków do pracy, bo traktowano nas jak wrogów narodu radzieckiego. Byliśmy parobkami kołchoźriików, żyjąc ze sprzedaży przywiezionej odzieży i butów. Dopiero, ody Niemcy ruszali na Sowietów ( mama mi powiedziała), przyjęli nas do brygady traktorowej. Pracowaliśmy cały dzień za zupę z ogólnego kotła Płacono nam zbożem.

 

1 września - 5 maja 1942

Strasznie było zimno. Duże opady śniegu. Mrozy do 40 stopni Pełno grasujących, głodnych wilków. Wokół stepy i nic więcej. Odmroziłem sobie stopy i kolana. Mieszkaliśmy w ziemiance, tak jak i inne rodziny. Zbieraliśmy nawóz krowi na opał i jedliśmy „łapszę". To był suchar w wodzie zalewany olejeni słonecznikowym. Otrzymywaliśmy 500 g chleba dziennie. Od czasu do czasu pozwalano nam korzystać z łaźni. Do ziemianki wchodzili kobiety, mężczyźni i dzieci. Rozpalone do czerwoności żelazo wkładano do beczki z wodą, co powodowało dużą parę. A polem jeden drugiego obijał miotłą z brzozy. Gdybym tak często nie był głodny, to może taka łaźnia podobałaby mi się.

 

15 kwietnia 1943

Do kołchozu przyjechało NKWD i wezwano wszystkich Polaków do biura. Dawali nam do podpisu ankiety ankiety na przyjęcie obywatelstwa radzieckiego. Odmówiłem. Mama też. I setki polskich i rodzin. Nie chcieliśmy zostać tam na stale. Mnie się Syberia nie podobała. Po kilku dniach aresztowano nas i pod konwojem odwieziono na stację. Rodzicom odbierano małe dzieci i odwożono do sierocińca. Sądzono nas w Mamlutce. Na podstawie paragrafu 16-29a-17 część druga Kodeksu Karnego skazano nas na dwa lata więzienia. Ja miałem 17 lat. matka 41. Rozłączyli nas. Mamę wywieźli na Ural do łagrów Czelabińska. Pracowała tam przy budowie linii kolejowej. Ja natomiast początkowo przebywałem w areszcie w Pietropawłowsku w celi ze złodziejami i bandytami. Spałem na betonowej posadzce, otrzymując raz dziennie 250 g chleba i 760 g zupy z brukwi. Po miesiącu przeniesiono mnie do Karagandy. Pracowałem przy rozładunku wagonów przez dziesięć godzin dziennie. A potem kilka godzin walczyłem z wszami. W nocy broniłem się przed pluskwami. Byłem wycieńczony, słaby, ciągle głodny. Często popłakiwałem. Tęskniłem za rodzicami.

 

Wigilia 1943 - wieczór.

Byłem głodny, podczołgałem się pod Śmietnik. Rano zauważyłem tam wyrzucone, obgotowane kości. Zaważyli mnie strażnicy. Kości odebrano, a mnie szturchając i bijąc na trzy dni wrzucili do łagiernego karceru. Zabrali mi buty. I pewnie bym tam na gołej posadzce zamarzł, gdybym nie krzyczał. Wróciłem do pracy, ale nie miałem już sił. Na całym ciele pojawiły ropne wrzody. Nie mogłem chodzić. Po wyjściu ze szpitala, w którym stwierdzono wadę serca i kurzą ślepotę, skierowano mnie do pracy polowej. Było nieco lżej i bez konwoju.

 

 

Jesień 1944

Zaczyna działalność Związek Patriotów Polskich. Powstaje l Dywizja im Tadeusza Kościuszki. 23 kwietnia 1945 zwolniono mnie z łagrów i powróciłem do wsi Smirnowka. Na stacji Mamlutka zobaczyłem matkę. Przeżyła. 6 lipca 1945r. otrzymaliśmy zezwolenie na wyjazd do Polski. O Boże, co to była za radość! 20 maja 1946r. przyjechaliśmy do Poznania, a stamtąd już było tak niedaleko do Torzymia. Wiedzieliśmy, że tam mieszka siostra matki ewakuowana z Łucka. Natychmiast zaczęliśmy szukać ojca. Od rodziny ojca dowiedzieliśmy się, że został rozstrzelany przez NKWD w Katyniu w 1940r. Nigdy w to nie wierzyłem Dopiero po ukazaniu się listy ofiar obozów w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku odnalazłem nazwisko ojca na stronie 336. Został rozstrzelany w Katyniu na początku kwietnia 1940r.

Moja matka Maria Piwkowska, córka Macieja i Anastazji, zmarła w 1980r. Nigdy nie wyszła ponownie za mąż. Czekała na ojca. Nie wierzyła w jego śmierć.


Grażyna Walkowlak

 

Zobacz też oryginał artykułu: strona 1, strona 2.


Podziękowania dla Gerda za przesłanie materiałów.


Aleksander Piwkowski

2005-02-26